środa, 29 października 2014

Kochany NFZ


Dwa miesiące temu zadzwoniłam, żeby umówić się do dermatologa. Problemy skórne w ciąży zaczęły być nieznośne i wolałam to zbadać. Mówię, siedzę w domu mogę  pochodzić do lekarzy za składki, które co miesiąc płacę. W końcu mi się należy.

No i buchnęła mnie szara rzeczywistość, jak dzwonię (na początku września) i pani podaje mi termin na koniec października. Chwila milczenia i mówię ok, niech będzie. W głowie mam zaraz, a jakbym miała nie daj Boże podejrzenie czerniaka, albo innego świństwa i tak naprawdę dwa miesiące to dużo! Czy coś dla takich ludzi jest przewidziane? Od innych słyszę „to i tak długo nie czekałaś!” …

Od razu wpadłam na pomysł, że zapiszę się do okulisty skoro taki jest czas oczekiwania. A pani w słuchawce lekko się zaśmiała (?) i mówi, że zapisów na ten rok już nie prowadzą , że to w listopadzie będą prowadzone zapisy na przyszły rok. Powiedziałam, że nie rozumiem, ale dziękuję za informacje.
Bo nie, że jej nie zrozumiałam, ale tego systemu nie pojmuje. Płacę składki co miesiąc odkąd pracuje (to już 6 lat?) a u lekarza na NFZ byłam.. hm mogę policzyć na palcach jednej ręki (Bogu dzięki nie chorowałam za często).  Żeby zapisać się na wizytę wartą ok 100zł muszę czekać co najmniej 3 miesiące, a co najmniej 72 razy płaciłam im już składki i to przecież nie małe! To chyba mi się już uzbierało na tą wizytę co? Popieprzony system. Wolałabym sobie odkładać co miesiąc sumę na konto i w razie potrzeby iść do lekarza kiedy tego potrzebuję. DO lekarza który nie potraktuje mnie jak kolejnego „na NFZ”. Bo teraz po wizycie mam już to porównanie. I jest bardzo niesympatyczne. Jak idziesz prywatnie to traktują Cię inaczej. Jak idziesz też, za swoje pieniądze, ale czekasz dłużej na wizytę, stoisz w kolejce gdzie każdy tylko po receptę i tylko do kontroli poza kolejką (o to temat też na osobny post), ale idziesz do lekarza NFZ to jesteś traktowany z buta.  Ręce opadają. Chodzę na te wybory, czytam te obietnice i plany, a i tak nic się nie zmienia. Oby nasze dzieci miały lepiej.


Zmieniając temat, po ostatniej wizycie kontrolnej i USG mam zalecenie wolniej przybierać na wadzę. Powinnam pół kilo na tydzień, a jakoś mi się rozpędziło :P Mimo, że nie jem aż tyle ;) Ale mało się ruszałam. Teraz godzinny spacer dziennie to już norma. Lepiej się czuję no i faktycznie waga rośnie o wiele wolniej. A synuś ma już swoje tryby czasowe gdzie śpi i kiedy jest aktywny :) Uwielbiam jak mnie kopie!!! <3 :)


Na spacerach widać już naszą jesień :)


 
Wystarczy trochę słońca i chcę się żyć! :)


 
Karmienie kaczek jest jak dobra terapia :D


W ogródku też już full jesień :)


   

czwartek, 23 października 2014

Z perspektywy bezdzietnych znajomych.

Takich  właśnie zaprosiliśmy ostatnio na kawę. Myślałam sobie : Dom posprzątany, mąż w koszuli, ja w miarę,,zrobiona" w tunice i leginsach. Jesteśmy fajnymi, młodymi rodzicami. Jednak gdy znajoma para tylko przekroczyła progi naszego domu, mój tok myślenia zmienił się o 180 stopni. Oni obydwoje wypoczęci na maksa. Widać, że pewnie byczyli się w łóżku do 12. Ona ubrana normalnie ale jej dbałość o każdy szczegół swojego wyglądu aż dawał mi po oczach. Pewnie samo ułożenie włosów zajęło godzinę.
I jakoś od razu poczułam się jak typowa mamuśka z tatuśkiem u boku w niby posprzątanym  domu ale tak pełnym zabawek, że nigdy nie wyglądającym schludnie. Pozbawieni jakiegokolwiek dizajnu, przemęczeni, zaniedbani, szczęśliwi, młodzi rodzice.
Nie mam z tym bardzo dużego problemu jednak podświadomie wolę towarzystwo innych rodziców, którzy rozumieją, że o 19 wolelibyśmy już zostać sami bo trzeba robić kolację i kąpać i, że nie jesteśmy obrażeni czy bez humoru tylko trochę straciliśmy kontakt z rzeczywistością :)
Oczywiście wszystko zależy od ludzi. Mam tutaj na myśli typowych ,,bezdzietnych znajomych" i rodziców w trudniejszym momencie rodzicielstwa.



wtorek, 21 października 2014

Cuda techniki 3D.



Zostaliśmy zaproszeni na badanie 3D w ramach szkolenia mojej ginekolog. Byłam bardzo mile zaskoczona, bo badanie było bezpłatne. Szłam więc cała szczęśliwa, że zobaczę malucha w 3D. 

Początek badania super, pierwsze dotknięcie głowicy ,a Mały pokazał buźkę i pomachał rączkami, chwilkę później pobawił się pępowiną (rozczuliło mnie to kompletnie) no  i zorientował się, że coś się dzieję. Tak też jak tylko miała zacząć się sesja nasz Syn odwrócił się pupą do głowicy i tyle go widzieli. Przez prawie godzinę kombinowaliśmy, lekko uciskaliśmy brzuch, potem ja się obracałam na prawo, potem na lewo (a on razem ze mną nie dając szans się podejrzeć). Tak też widziałam jego pupkę i kręgosłup. Po godzinie się poddaliśmy. Mamy 3 zdjęcia zrobione na szybko, bo w miedzy czasie się wiercił cały czas, ale przodem pokazał się na parę sekund.  
Po takim doświadczeniu mogę powiedzieć, że to fajna sprawa żeby podejrzeć Malucha zobaczyć jego buźkę lub podejrzeć jak się bawi pępowiną, ale cieszę się, że badanie było darmowe. Bo jakbym zapłaciła za 3 zdjęcia małego uparciucha 200-300zł to bym się chyba załamała :P
 No mój syn od początku nie przepada za podglądaniem go, odwraca się tyłem na każdym USG, albo buźkę zakrywa rączkami. Taki skromniacha, nie ma parcia na szkło i unika paparazzi ;)

A Wy macie doświadczenia z USG 3D?

sobota, 18 października 2014

Angina u dwulatka

Co robimy gdy dziecko ma temperaturę przybliżoną do temperatury gorącego kaloryfera? Oprócz podania czegoś na zbicie gorączki możemy:
- Wsadzić dziecko do wanny z wodą,która ma mniej więcej jego temperaturę i czekać aż się wystudzi razem z nim. Odradzam wkładanie do lodowatej wody bo o takich geniuszach też słyszałam.
- Ostatnio pewna starsza lekarka podała mi taki przepis,który pewnie wypróbuje przy następnej chorobie. Zaczyna się sezon zachorowań więc okazji do testów będzie wiele;) Mieszamy pół szklanki octu z połową szklanki wody. Moczymy w tym bawełniane skarpetki i zakładamy na stopy dziecka. Nie wiem czy działa ale w akcie desperacji człowiek próbuje wszystkiego.
- Schłodzić delikatnie czoło mokrą pieluchą tetrową.
My właśnie przechodzimy z naszym dwuletnim synkiem ropną anginę,która zaczęła się taką gorączką plus wyciem nie do opanowania. Na anginę zawsze dadzą antybiotyk więc jest już dobrze. Teraz tylko czekać na nawrót choroby i inne przyjemności związane z antybiotykoterapią.

Być kulawą sarną?


Zawsze kiedy myślę o wrednych dzieciach mam w głowie jedną opowieść.
Koleżanka z byłej pracy, pewnego dnia przyszła zdołowana. Zapytałam co się stało bo minę miała niemrawą. Ta mi opowiada, że ma swoją dwójkę dzieci i nic im nie brakuję. Ma z mężem swoje mieszkanie i samochód, a małe chodzą najedzone i czysto ubrane. Nie brakuje im niczego, ale nad wyrost żyć nie mogą. To chyba i tak dobrze? Zapytałam. Na  to taką anegdotkę mi opowiedziała:
Córa chodzi do przedszkola państwowego. Różne tam są dzieciaki, z resztą jak wszędzie. W każdym bądź razie córka raczej nieśmiała i ciężko jej przyjaciół zdobyć co Koleżance nie dawało spokoju. Pewnego dnia przyszła podekscytowana:
-Mamo! Klaudia i (tu wymieniła jeszcze 4 dziewczynki) obiecały, że jak kupie baletki to będę w końcu tak jak one księżniczką, a nie sprzątaczką!
- Jak to, jesteś sprzątaczką? – zapytała zatroskana.
- Oj mamusiu proszę one mnie przyjmą i będę księżniczką! Proszę te baletki już o nic, nic innego nie poproszę!
Koleżanka zmartwiła  się jak dowiedziała się, że są takie chore podziały w grupie 5 letnich dzieciaków. Stwierdziła, że nie będzie interweniować tylko faktycznie sprawę załatwi tak, zorganizuje pieniążki i kupi Małej balerinki.  Dnia następnego wybrały się na zakupy. Mała wybrała sobie różowe baletki. Jej szczęście nie znało granic! Chodziła w nich  po domu całe popołudnie, a w nocy zakradła je do łóżka i spała z nimi na jednej poduszce ! Rano obudziła się szybciej, bardzo podekscytowana. Dobrała sobie nawet różową sukienkę żeby pasowało ;)
Popołudniu Koleżanka odebrała Córę z przedszkola. Od razu wiedziała, że coś jest nie tak.
-Co jest? Czemu jesteś smutna?? – małą w płacz. – Kochanie co się stało?
-Mamusiu bo ja mam te baletki i dla mnie są najpiękniejsze, ale nie mogę być księżniczką, bo one nie są H&M.
Serce mi się łamie za każdym razem jak sobie przypomnę tą historie. Zastanawiam się wtedy czy te dzieciaki już takie są, czy ktoś ich tego uczy? One miały po 5 lat. Co to będzie później? No i jeszcze czy jak nie chcesz być tą wredna księżniczką ,to pozostaje ci być służącą? Albo jesteś myśliwym ,albo kulawą sarną? Nie ma alternatywy?

środa, 15 października 2014

Już się tak nie bawię.




Zdziwiło mnie ostatnio jak otoczenie traktuje kobiety w ciąży.  Zachowania bywają od skrajnie nie miłych do ogromnie życzliwych. W autobusie pełnym ludzi nikt nie zaproponował mi miejsca siedzącego. W kolejce  w sklepie nie mam pierwszeństwa (wyjątek Ikea i Superpharm). W kościele kobiety starsze mnie „podsiadają”, albo patrzą spod byka jak nagle muszę usiąść, bo zakręci mi się w głowie. Był ostatnio miły Pan który uratował moją wizję życzliwości i ustąpił mi miejsca w dusznej aptece pełnej chorych ludzi. 

Zaczęłam sobie przypominać jak ja reagowałam na ciężarne zanim w ogóle zaczęłam planować powiększenie rodziny. Ja po prostu ich nie zauważałam! Nie zwracałam uwagi, chyba że mijał mnie jakiś hardcorowo duży brzuszek to spojrzałam. Ignorowałam je bo mnie to nie dotyczyło.  

Jednak nigdy nie wymagałam od ciężarnych znajomych „wyjścia na piwo” i nie miałam pretensji jak nie chciały spotykać się późno wieczorem na mieście.

Ostatnio otrzymałam taką propozycję :) Wyjścia na piwko wieczorem na starówkę. No cóż. Pomijam fakt, że chodzę spać o 22.00, bo to by można było nagiąć i położyć się później. Może są ciężarne, które lubią sobie wieczorem wyjść i posiedzieć w barze, ale mnie osobiście to nie bawi. Wolę się spotykać w godzinach gdzie mam najwięcej energii, gdzie stężenie ludzi z kuflami piwa i papierosami w ustach na metr kwadratowy  jest raczej małe. Powinnam się może dostosować? Nagiąć swoje ciążowe przyzwyczajenia? Ale tu właśnie pojawia się pewien rodzaj nowej hierarchii. Nagle moje priorytety kompletnie się zmieniły. Mam inne rozrywki.( Nie?)stety , ale zaczynam lepiej dogadywać się z młodymi kobietami z dziećmi lub ciężarnymi. To one najczęściej chętne ustąpić miejsca lub przepuścić w kolejce. Młode matki. One wiedzą. Taka kolej rzeczy. 
Przykro mi ale, nie pójdę na razie „na piwko”,  bo ja  się teraz tak nie bawię.



PS: 20 tydzień powoli dobiega końca ;)


poniedziałek, 13 października 2014

Dlaczego Polna?

Moją córeczkę urodziłam 14sierpnia 2014r. właśnie na Polnej. Jestem bardzo zadowolona z tego wyboru. Dlaczego? Może zacznę od tego jak to było w moim przypadku. Tosia przyszła na Świat przez planowane cesarskie cięcie. Sama operacja przebiegła szybko i bezproblemowo. Na sali pooperacyjnej leżałam wyjątkowo długo tylko dlatego, że w tym dniu było akurat bardzo dużo porodów i były problemy z miejscem. Nie stanowiło to jednak dla mnie problemu bo personel spisał się na piąteczkę( szczególnie miło zaskoczył mnie Pan! położny od noworodków) a ja byłam zajęta pobudzaniem laktacji, na której tak bardzo mi zależało. W zasadzie cały mój pobyt tam to było trzymanie młodej na piersi. Traumę przeżyłam trafiając już na normalną pięcioosobową! salę. W zasadzie oprócz okropnej obsługi w izbie przyjęć to jedyny minus tego szpitala. Wiedziałam o tych salach już przed porodem jednak jak to ja wyobrażałam sobie, że trafię na same super laski, z którymi będziemy sobie siedzieć i plotkować. Sielanka. Pięć kobiet jadących na tym samym wózku. Wspieramy się, pomagamy, śmiejemy razem a dzieciątka tylko jedzą i śpią. Niestety rzeczywistość mocno odbiegała od mojego wyobrażenia... Trafiłam tam już w nocy z wyjącą Tośką. Pomimo moich usilnych starań pokarmu jeszcze nie było. Ja się uparłam, że będę eko,że żadnego sztucznego mleka, itp. Córka domagała się jednak już jakiegoś jedzenia po tylu godzinach bezsensownego ssania. ,,Przyjaciółki" z sali patrzyły na mnie wzrokiem mordercy a dyżurującą położna ze wzrokiem pełnym litości pytała ,, Może jednak przynieść mleko?" W końcu po dłuższym czasie walki z własną córką i ostrą wymianą zdań zgodziłam się na butlę. Moje dziecko zasnęło jak aniołek ale mi sen nie był dany. Drzeć zaczęło się dziecko Pani, która najwięcej gderała, że przez nas spać nie może. Pięcioosobowa sala cechuje się tym, że prawie non stop któreś dziecko ryczy. O spokojnym śnie nie ma mowy ale to i tak jeszcze nic w porównaniu z godzinami odwiedzin. Bo przecież będąc świeżo po porodzie z cycami na wierzchu marzysz tylko o tym aby oglądało Ciebie całe stado czyichś mężów, dzieci, matek, ciotek, itd. W powietrzu unosi się zapach mieszanki perfum, ciast, rosołów, potu i innych cudów. Marzyłam, żeby stamtąd uciec bo jako kobieta mająca jeszcze półtorarocznego synka w domu traktowałam pobyt w szpitalu jako formę odpoczynku. I udało się!!! Zostałam przeniesiona do sali dwuosobowej. Trafiłam na super babkę i do końca było już dobrze. Robiłam co chciałam. Czułam się swobodnie, miałam z kim pogadać i SPAŁAM. Położne pomocne i naprawdę miłe, warunki super i może pomyślicie, że jestem zboczona ale jedzenie pyszne! Tylko ja w ogóle jestem fanką jałowego jedzenia. Z resztą byłam tam tak wygłodniała, że pewnie smakowałby mi nawet karton od butów.
Podsumowując szpital dla mnie ma same plusy:
- Dobrzy lekarze i fajny personel,
- Dobry sprzęt,
- warunki naprawdę bez zarzutów,
- blisko różne sklepy, jakby na gwałt było coś potrzebne to zawsze mąż może wyskoczyć.
Minusem jest izba przyjęć ale to już chyba norma w polskich szpitalach i sale pięcioosobowe jezeli trafi się na taką ekipę jak ja:)
Polecam Wam więc Polną bo jest naprawdę ok i nie piszę tego za pieniądze ani wycieczkę na Karaiby tylko jako ich zadowolona pacjentka.

Czy matka karmiącą gryzie?

Zawsze jak karmię moją córeczkę wieczorem to wystarczy mi jedno nieodpowiednie słowo kogoś z otoczenia i mogę zacząć gryźć. Nie wiem czy chodzi właśnie o to, że akurat karmię czy o to, że padam już na twarz czy może o to, że noł fjuczer? Wyobrażam sobie wtedy siebie jako groźną lwicę i czuję, że mogłabym obronić moje dzieci przed wszystkim. Ja, która dając pijakowi 2 złote pyta się czy tyle na pewno może być. Jest to pewnie ciekawa sztuczka matki natury jednak żal mi mojego męża, któremu czasami dostaje się za to, że akurat WTEDY przeszedł koło mnie i pogłaskał mnie po nodze albo za głośno zamknął drzwi od łazienki. Bywam zołzą ale to przecież hormony a nie moja wina i na pewno jak juz wykarmię moje dziecko to do końca życia będę aniołem! A Wy? Też miewacie huśtawki nastrojów podczas karmienia czy to jednak zwiastun mojego bardziej złożonego problemu? ;) Ewa

czwartek, 9 października 2014

W brzuszku mieszka on.



No to już wiemy. Wiemy w sumie od 17 tygodnia, że lokatorem w brzuchu jest chłopak. Bez wątpienia i niepodważalnie. Jestem przeszczęśliwa , choć mówi się nie "ważna płeć ważne, że zdrowe". No i zgadzam się z tym oczywiście, ale gdzieś w głębi duszy marzyłam by mieć synka. Podświadomie czułam nawet, że to on.  Jak zwracałam się do brzuszka zawsze w rodzaju męskim. :)

Mimo wielu kalendarzyków, wróżb, metod, nie jesteśmy jeszcze w stanie zaplanować płci dziecka. Jedyną metodą potwierdzoną przez lekarzy jest metoda mówiąca o zachowaniu plemników. Plemniki  z żeńskim materiałem genetycznym są wolne, ale bardziej wytrzymałe. Są zdolne przetrwać nawet kilka dni w jajowodach. Plemniki  z męskim materiałem genetycznym są szybsze, ale mają krótszą żywotność. Tak też mówi się, że jeśli chcemy dziewczynkę należy się starać przed owulacją, a jeśli chcemy chłopaka no to w dzień owulacji lub dzień po. Trzeba znać swoje ciało, cykle i dni płodne.  Z tym że moja ginekolog mówi nie dość, że w ogóle trudno zajść, to jeszcze spinać się żeby trafić w płeć, to przecież powstaje jakiś horror. No właśnie, a przecież to sama przyjemność ma być ! 

Ach zapomniałabym. Mój synek już daje mi o sobie znać! Jeszcze nie regularnie , ale wierci się i puka od czasu do czasu. Zauważyłam, że lubi słodkie owoce ;) A brzuch rośnie i rośnie. Polubiłam ten mój brzusio już.






Autor: Anne MOIR - David JESSEL